Uzależnienia nieszkodliwe... do czasu :) gdy go brak :)

Przyznaję się bez bicia, jestem molem książkowym. To uzależnienie czasem jest szkodliwe :) szczególnie, gdy dopadnę się książki, która mnie wciągnie i pochłonie- wówczas potrafię ją czytać do bardzo późnych, czy też raczej wczesnych rannych godzin... a do pracy trzeba wstać :)
Jedną z ostatnich książek, którą przeczytałam, jest reportaż R. Lloyd Parry "Ludzie, którzy jedzą ciemność".
       Do tej pory przechodzą mnie dreszcze, jak ją wspominam. A mojej zafascynowanej Japonią córce oświadczyłam, że nie puszczę jej tam. Podejrzewam, że jak trochę ochłonę, to podejdę bardziej racjonalnie do tematu, na razie jednak jestem wciągnięta w klimat pełen ukrywanej brzydkiej prawdy o pogardzie Japończyków względem cudzoziemek, które pracują jako hostessy w owianej złą sławą dzielnicy Roppongi. Książka ta uświadamia, iż Europejczycy są ślepi na fakt, iż nasza kultura i podejście do życia nie są globalne. Na świecie istnieje wiele różnych ras i kultur, powinniśmy szanować odmienność oraz dostosowywać się do miejsca, w którym jesteśmy. Inną kwestią jest nieporadność japońskiej policji, której niemoc, lub też niechęć działania, opisuje autor tego przerażającego reportażu. Książka wciąga, hipnotyzuje i przyprawia o dreszcze. Jej podtytuł jest bardziej wymowny: "Prawdziwa historia dziewczyny, która zaginęła w Tokio, i zła, które ją pochłonęło". Po tej lekturze ciężko było mi znaleźć kolejną, gdyż długo nie mogłam się otrząsnąć ze zła, które otaczało mnie podczas czytania.
       Kuriozalnie, ponieważ pracuję w biurze turystycznym, musiałam zachwalać mniej więcej w tym samym czasie Japonię, gdyż trafiłam na klientów, którzy wybrali sobie wycieczkę do tej krainy, krainy gejsz i samurajów :) Wiadomo, że Japonia jest piękna, pełna atrakcji turystycznych i pięknych zabytków... Byłoby mi łatwiej, gdyby ta książka to była fikcja literacka, ale emocje podnosił nieustannie fakt, że jest to historia prawdziwa.
Więcej nie napiszę, zachęcam do przeczytania i własnej opinii :)
Mój prywatny recenzent :)

Kolejną książką, za którą się wzięłam w ostatnim czasie(nadal ją czytam), to "Wszystko za Everest", której  autorem jest  Jon Krakauer. Opisuje on jedną z najtragiczniejszych wypraw komercyjnych z 1996 roku, w której uczestniczył jako reporter, wysłany przez magazyn "Outside"(opisuje tak naprawdę dwie wyprawy, zapoznając również pokrótce czytelnika z wszystkimi pozostałymi ekipami- w 1996 roku szczyt próbowało zdobyć wyjątkowa liczba wypraw).

Ten mój wpis jest jedną z niewielu chwil, kiedy odrywam się od książki. Wciągające opisy sprawiają, iż czuję zimno, marzną mi palce i zaczęłam inaczej patrzeć na himalaistów, których do tej pory uważałam za samobójców. Obiecałam sobie także, że w te wakacje chcę spróbować ruszyć w góry(oczywiście na razie polskie). Czuję jego przerażenie, gdy wspina się po lodowych ścianach, które nie znają współczucia, ani przebaczenia. Boli mnie głowa, gdy opisuje bezsensowną śmierć jednego z szerpów, który nie chciał uznać objawów obrzęku płuc. Cierpnie skóra, gdy wszystko zaczyna iść nie tak, jak zostało zaplanowane...
        Warto poznać każdą stronę medalu, dlatego też na pewno przeczytam jeszcze książkę Anatolija Bukriejewa(Jon obwiniał go za to, co się wydarzyło), który przedstawił swoją wersję wydarzeń.
Smutna historia, niejednej osobie wyciśnie łzy z oczu...Warto przeczytać. Polecam. I wracam do lektury, zostawiając Was z paroma migawkami naszego rozrabiaki :)
Pozdrawiam serdecznie,
Ania




PS. Polecam każdemu, kto uważa, że ma za mało czasu. Teraz to ja się muszę wyrabiać ;)

Popularne posty z tego bloga

Roczek kota i wariacje na temat łazienki :)

Długi weekend nad jeziorem

Powrót do Małego Księcia