niedziela, 15 stycznia 2017

Powrót do Małego Księcia

            Naszła mnie potrzeba przeczytania Małego Księcia. Tak po prostu. Wzruszyłam się, czytając z innej perspektywy książkę, która jest lekturą obowiązkową w nieodpowiednim wieku. Powinniśmy być starsi, podchodząc do tej książki. Rozmowy z lisem o oswajaniu, cierpliwości. Zgadzam się z tym, że mowa jest źródłem nieporozumień. W dzisiejszych czasach ziejemy jadem na prawo i lewo i pędzimy przez życie jak biedny latarnik, który w ciągu minuty musiał zapalać i gasić latarnię...Biegniemy za pieniądzem, za "lepszym" życiem, bo nie znamy innej możliwości. A może warto zadbać o jedną różę, mieć baranka w kartonie i zadawać pytania, oczekując pełnej, wyczerpującej odpowiedzi.Za dużo przyjmujemy za pewnik, za mało zastanawiamy się, dlaczego biegniemy. Przecież wcale nie chcemy szybko dobiec do mety życia? Przywiążmy się do kogoś, oswójmy się, nawet, jeśli to będzie oznaczało smutek rozstania. Życie ma inny wymiar, gdy kochamy.
Co do miłości-oto, jakie pozycje potrafi przyjąć kot :)

Psiucha zresztą niewiele lepsza, może  robią między sobą zawody, kto będzie dziwniej spał :)
Zwierzaki są szczere do bólu, nie da się przed nimi udawać. Wyczują twoje nastawienie. A najpiękniejsze jest, jak cieszą się na twój widok. Zawsze. Staram się poświęcić tę chwilę na mizianie, aby zaspokoić ich potrzeby(i moje hi hi), to zdecydowanie odstresowuje i ładuje baterie. Polecam :)
Może jestem naiwna(podejrzewam, że nawet bardzo), łatwowierna i podatna, ale cieszę się z posiadania tych dwóch zwierzaków, zmieniają jakość dnia, pomimo kłaków wszędzie, sprzątania kuwety i spacerów, dają nam samo dobro. Potrzebujemy dobra, tak mało go wokół.

Pozdrawiam serdecznie
Ania


środa, 11 stycznia 2017

Czytelnia...

Pogoda zachęca do pozostania w domu, najlepiej z książką :) dlatego też postanowiłam się podzielić moimi przeczytanymi w ostatnim czasie książkami. Tak, tak, wiem, że się powtarzam, ale w takiej rzeczywistości zdecydowanie bardziej wolę świat książek, niż prawdziwy...jedna z tych przeczytanych nieźle mnie wkręciła:
Artur Baniewicz wciągnął mnie w świat II Wojny Światowej. Nie zdajemy sobie sprawy, obyśmy nigdy nie musieli się z tym mierzyć, jak wojna potrafi zmienić człowieka oraz jakie zachowania potrafi wywołać. Nasze wartości, priorytety i zasady stają na głowie, w obliczu głodu, niewyobrażalnego bólu, czy zagrożenia życia. Zwykłe zdarzenia zmieniają się w eskapady nie do przejścia, a codzienna walka o przeżycie uwłacza ludzkiej godności.
Sama sobie wkręciłam temat jeszcze bardziej, nie umiejąc oderwać się od książki w pracy- tak, przyznaję się bez bicia, czytałam książkę w pracy :D atmosferę podkręcali pojawiający się co jakiś czas niemieccy klienci... hah nie mogłam się przestawić, czytając taką książkę!!! Polecam wielbicielom dobrego kryminału z czasów wojny i nie tylko.


Drugą książkę dostałam w prezencie- niespodziance, za wpis na fb :) w tematyce kosmetyków, żeby było ciekawiej.
Taka miła niespodzianka, jakby ktoś miał szósty zmysł, że ja mól książkowy, ucieszę się z książki ;D
Jak na mój gust Za Krótka. Choć tematyka powtarzająca się w wielu pozycjach, nawet się nieźle rozkręciła, choć miałam chwile zwątpienia, czy w ogóle warto brnąć. Rzadko mi się to zdarza, ale uznałam, że spróbuję. Historia dziewczyny bezgranicznie zakochanej w swoim nauczycielu, który nie był takim cudownym wyborem... niestety życie często ukazuje, że nasze wybory nie zawsze są trafne, a nawet bardzo chybione. Ale to od nas zależy, co z tym życiem zrobimy- czy będziemy udawać, że jest cudownie, czy też zmierzymy się z prawdą i pójdziemy własną drogą, odważne, pokaleczone, lecz szczere same ze sobą.

Trzecia pozycja......tam ta dam.......
Harry Potter i Przeklęte Dziecko !!!!! Ja i mój szał osiągnęły inny wymiar. Nawet nie zdążyłam jej sfotografować, trafiła w kolejne ręce.
Nie sądziłam, że w tej historii coś jeszcze może mnie zaskoczyć, a jednak udało się. Jestem zaskoczona, do tego nie mogę przeżyć, że była tak krótka!!! Bo ja wiem, że już nie mogę liczyć na list z Hogwartu, ale może jeszcze Gandalf Biały po mnie przyjdzie ;P Mam bzika na punkcie tej serii, nic na to nie poradzę i dobrze mi z tym ! Są gorsze wady :)
No. To teraz już spokojna o was, mogę szukać dla siebie kolejnej pozycji do odlotu w świat nieprawdziwy dla innych, a dla mnie bardzo realny. Pozdrawiam serdecznie,
Ania




środa, 26 października 2016

Park linowy dla kotecka :)

Już jest! Po dłuugim czasie, wielu trudach i bojach o przyspieszenie prac, park linowy wisi na ścianie. Prace rozpoczęły się, gdy Oxinek był dużo mniejszy, niestety mężczyźnie nie można co miesiąc przypominać, że ma dokończyć to, co obiecał... dzielnie wytrzymałam pół roku, marudząc tylko troszeczkę, ale wczoraj, zupełnie niespodziewanie, bez planu, moje założenia zostały zrealizowane!!! Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Oxymoron też nie, na początku półeczki go stresowały, teraz stają się bazą wypadową na głośniki, co raczej nie wywołuje uśmiechu na twarzy męża... to, co z nich wyziera, to raczej żądza mordu w przypadku uszkodzenia Jego cudownych dystrybutorów dźwięku :)
Park linowy zrobiliśmy sami, od desek zaczęliśmy, sznurek też się przydał, wiertarka i dużo, dużo cierpliwości. Drewno tylko zaolejowałam, zwykłym olejem do drewna za parę złotych w markecie budowlanym. A oto etapy prac:
Deski oszlifowane, do kupienia w każdym markecie, kupiliśmy długie i docięliśmy na potrzebne nam fragmenty, docierając nowe krawędzie papierem ściernym

Sznurek biały i taker wraz z zszywkami :) Do tego jeszcze jedną deskę owinęłam szarym sznurkiem w ramach drapaka

Kolejny etap- wiercenie otworów pod sznurek, trochę zabawy z tym było :) i szlifowania





A to już na ścianie, nad legowiskiem Blanci :)

Zabawa sznureczkami :) specjalnie zostawiłam węzełki do gryzienia





Wygląda to całkiem fajnie, a ile dumy z własnej pracy :) Człowiek się cieszy, jakby co najmniej to zmieniało bieg historii, hi hi.... a tu tylko małe wykorzystanie ściany w wersji dla kota- króla domu :)
Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego :)
Szczęśliwa posiadaczka parku linowego dla kota :D

sobota, 17 września 2016

Roczek kota i wariacje na temat łazienki :)

Oksymoron skończył rok, czwartego września :) mój kotecek nie jest już dzieckiem...


Już od jakiegoś czasu wiem, że Oxy lubi łazienkę, ale w wersji bez kąpieli ;)
W zlewie ledwo się mieści, ale nadal próbuje, ostatnio nawet ćwiczył swoje kocie zdolności w małej misce :D

Wyglądał prześmiesznie, ale nawet udało mu się w niej położyć, ale zrobił to dopiero, kiedy odeszłam z aparatem- dał mi znać, że już nachalna jestem z tym pstrykaniem, a on żąda chwili spokoju... nasz król jeden jedyny.

Blancia nasza już potrafi okazać swoje niezadowolenie z ekscytacji kotem :) jak tylko ktoś głaszcze lub wola kota, przybiega pies gotowy do pieszczot :) w druga stronę też to działa, jak wracam z pracy, to obie sztuki witają mnie w drzwiach :) trochę to śmieszne, jak kot przybiega do drzwi, ale dla niego pewnie jest to naturalne, w końcu od początku jest z Blancią i uważa to za normę. Ogólnie lubią swoje towarzystwo :)

Jest co przy nich robić, co odczuwam szczególnie teraz, kiedy otworzyłam sezon grypowy, niestety. Kotek niewyczesany po mojemu zaczyna przypominać mopa, a kłaki wychodzą z każdego kąta... niestety... miejmy nadzieję, że czosnek i cebula zrobią swoje i postawią mnie na nogi. Wierzę w to, zdrowie mi jest bardzo potrzebne :)
Pozdrawiam i życzę wszystkim zdrowia,
Ania :)




wtorek, 23 sierpnia 2016

Długi weekend nad jeziorem

Znaleźliśmy świetne miejsce na wypoczynek z psem. Ośrodek ten mieści się nieopodal Rzeczenicy(dokładnie jest to Rzewnica). Dojazd jest w miarę prosty, trzeba tylko dokładnie wiedzieć, w którym miejscu trzeba skręcić z głównej drogi- akurat w tym miejscu kierowcy zazwyczaj przyspieszają, więc stali bywalcy ośrodka polecili nam, abyśmy sygnalizowali chęć skręcenia dużo wcześniej, niż zazwyczaj. Na szczęście zjazd okazał się spokojny, a ośrodek- spełniający nasze oczekiwania. Nie będę tu czarować o wysokim standardzie, ale domki, które wynajęliśmy, były komfortowo wyposażone, ciepłej wody nie brakowało, aneks kuchenny w pełni wyposażony, a nawet mieliśmy spory, płaski telewizor, więc wieczorami oglądaliśmy Rio, siedząc na tarasie przy grillu :)
Właściciele sami mają psa, więc z chęcią przyjmują takich zwierzomaniaków, jak my :) Blancia zaś pokochała miejsce, w którym co kawałek ją ktoś głaskał i chwalił. Często robiła sobie spacery po terenie całego ośrodka, zaglądając od domku do domku, w poszukiwaniu chętnych do głaskania i przytulania :)
Na początku trochę się stresowałam, że komuś się to nie spodoba, jednak szybko moje obawy zostały rozwiane. Fajna ścieżka edukacyjna w lesie otaczającym ośrodek, ponad kilometr spaceru po terenie objętym programem Natura 2000. Mnóstwo jagód, grzybów, dużo spokoju, jezioro ogromne. Podjęłam się płynięcia samodzielnie kajakiem, zrobiłam ponad cztery kilometry- wiem, wiem, to niewiele, ale dla mnie był to wyczyn :)
Próbowaliśmy również coś złowić z łódki, jednak ryby nas przechytrzyły i nie dały się złapać :) Najpewniej śmiały się z nas pod wodą, widząc nasze próby i starania... no cóż, nie można mieć wszystkiego :) 
Na pewno wypoczęliśmy, naładowaliśmy baterie i z nową energią wracaliśmy do pracy. A to jest warte wiele!






Pozdrawiam serdecznie i miłego zakończenia wakacji,
Ania

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Znowu czytam :)

Zniknęłam, pochłonęła mnie książka :) Dosłownie, całkiem zabawnie mi wyszło, ponieważ tytuł książki to Pochłaniacz. Katarzyna Bonda jest moim nowym odkryciem, choć o samej autorce czytałam już dość dawno, to jakoś nie było okazji, aby nabyć jej książkę. Tym razem okazja przyszła do mnie wraz z urodzinowym prezentem :) bardzo dziękuję mojej ekipie, która doskonale wie, jakiego mola książkowego ma na pokładzie!

Sama autorka intryguje swoją drogą, która doprowadziła ją do pisania książek. A pisze świetnie, gdyż zaskoczyła mnie zakończeniem. Pochłaniacz wciąga nas w świat zbrodni, oszustw i działań trójmiejskiej mafii. Profilerka, Sasza Załuska, ustala portret psychologiczny zbrodniarza, choć w sprawie tej pojawia się na zlecenie prywatnego przedsiębiorcy, lękającego się o swoje życie. Sprawa komplikuje się z godziny na godzinę, w końcu każdy ma jakiegoś trupa w szafie ;P
 Jest to pierwsza z serii książek o niej, na pewno z chęcią sięgnę po następne. Ale musiałam ustawić sobie szlaban na książkę rano- przez moje zachłanne czytanie raz o mało co nie spóźniłam się do pracy. Jak zacznę, nie umiem przestać! A jak książka jest dobra, jak ta- to przepadłam, jak śliwka w kompot. Oczywiście już ją skończyłam, inaczej nie umiałabym się skupić na niczym :)
A tak mogę ze spokojem łapać ujęcia naszych zwierzaków, które potrafią zapełnić niejedną wolną chwilę. Nie powiem, że jest różowo zawsze, bywają wzloty i upadki, jak w każdej naszej działalności, ale czy potrafilibyśmy docenić radość, gdyby nie było smutku?
Oczywiście wolałabym ogrom radości, jak chyba każdy, ale nawet najlepszy tort urodzinowy w nadmiarze powoduje mdłości :)
Kłaków w chałupie jest obecnie tyle, że mogłabym zrobić kilka kompletów kołder i poduszek :D
Blancia jest po przejściach, miała w maju zabieg sterylizacji. Przeszła go świetnie, bez komplikacji i powikłań, tfu tfu. Nie planowaliśmy dla niej potomstwa, gdyż nie mamy nawet na to warunków, więc zabieg stał się naturalną koleją rzeczy. Mniej stresu, a za to więcej sierści- nasza Wetka dała nam do zrozumienia, że na pewno będzie więcej kłaków. Burza hormonów. Jakby wcześniej było ich mało, hi hi.
Mam kilka ujęć Blanci w cudnym, pooperacyjnym ubranku, które mieliśmy wypożyczone w ramach zabiegu. Uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie, kolejny plus dla i tak wychwalanej naszej Pani Weterynarz.

Niestety legowisko nr 1 jest na wykończeniu, głównie dzieki Oksiemu, rozrywa je na strzępy przy każdej okazji. Na razie postanowiłam w takie nie inwestować, dopóki chłopak trochę nie dojrzeje, chociaż taki zwrot to kolejny oksymoron :)
Na razie sprawdza się pufa z firmy fatty, świetnie sprawująca rolę legowiska. Kupiona dość dawno temu jako fotele dla nas, jednak styropianowe wypełnienie ugniotło się z czasem, tworząc wygodne legowisko dla naszej suczki. Oczywiście obecnie dzieli je z Oksym, gdyż on nie uznaje żadnego prawa własności, które nie należy do niego :)
Na razie mamy się świetnie, dbamy o siebie nawzajem :)
Czasem mam wrażenie, że film Marley i ja jest wzorowany na nas, szczególnie w początkowej fazie... na szczęście nie mamy demolki podczas każdej burzy, ale inne symptomy, szczególnie możliwości ułożenia, taa... ciężko nam idzie... najwidoczniej sami nie jesteśmy wystarczająco ułożeni, aby mieć ułożonego psa :) Dobrze, że kocha wszystkich i jeżeli ciągnie na smyczy, to po to, aby się do kogoś przymilać. A to nawet w ekstremalnych przypadkach nie jest takie straszne. 
Pozdrawiam serdecznie,
Anka



wtorek, 19 kwietnia 2016

Kwiecień plecień... z przemyśleniami

Długo mnie tu nie było, ten miesiąc przepadł mi bezpowrotnie, za dużo pracy na wysokich obrotach. Od początku marca miałam tylko trzy wolne soboty, więc już trochę ledwo na oczy widzę :)
Poza tym zachłysnęłam się blogiem Michała Szafrańskiego, zobacz, jego podejściem do finansów i sposobem na życie, co zaowocowało u mnie nadmiarem czytania :) oczywiście zapisałam się na znany już kurs Michała "Pokonaj swoje długi", dzięki któremu poukładałam sobie parę spraw w bankach, głowie, no i chyba ogólnie w życiu też... chyba :)
Doszłam do wniosku, że żyjemy bardzo na pokaz, kupujemy rzeczy niepotrzebne, pożyczamy na to pieniądze w różnych instytucjach, mając wszechogarniający nacisk, że musisz to mieć! Od dziecka masz wkładane do głowy, że aby istnieć, musisz kupować. Kształcimy dzisiejszą młodzież na konsumentów dóbr zbędnych. Prowadzimy nas wszystkich ścieżką nad przepaścią, idziemy w złotych bucikach i różowych okularkach, podskakując na wybojach życia. A kończymy z niemożliwymi do spłacenia długami, telefonami od wierzycieli i groźbą załamania nerwowego. Za dużo mamy, a za mało jesteśmy. Nie zastanawiamy się już nad tym, czy spotkać się z kimś, porozmawiać nawet o niczym, tylko kombinujemy, gdzie pożyczyć na lepszy model czegokolwiek, żeby mieć się czym pochwalić na jakimś portalu społecznościowym. Pamiętam, jak kiedyś biegłam nad morze, żeby zobaczyć zachód słońca(choć mi akurat nadal takie ekscesy się zdarzają :)), jak biegałam w deszczu, śmiejąc się niemożliwie. Dziś mało jest w nas takich zachowań, pędzimy za pieniądzem. Szkoda. Dookoła nas budzi się życie, wszystko staje się piękniejsze. Nasz migdałek lada dzień rozwinie pączki i będzie moją wielką radością. Szafirki już pysznią się na cebulowej rabacie, wyprzedzając tulipany. Jest pięknie. Przystańmy na chwilę. Weźmy głęboki oddech i rozejrzyjmy się dookoła. Może wokół nas dzieje się coś fajnego, wartego uwagi, coś, co odciągnie nas od złych myśli? Tego nam wszystkim życzę, oderwania od smutków dnia codziennego i odnalezienia prawdziwego sensu w życiu. Bo mamy je tylko jedno.


Ściskam,
Ania

sobota, 26 marca 2016

Wesołych Świąt :)



Szaleństwo rękodzieła :)

Nowe, lepsze łóżeczko :)

Co tam słychać za oknem? Może pójdziemy sprawdzić?!

Chwila oddechu pomiędzy święconką a odkurzaczem... Życzę wszystkim odpoczynku, dużo czasu dla siebie i radości, spokoju ducha i poczucia wykonania całego planu :) nawet jeśli okna nie są lśniące, to przecież można ustalić inne priorytety :) zmiana planów na chwilę więcej z rodziną :)  a sąsiadom jak przeszkadza, to mogą przyjść i mi je umyć :)
Pozdrawiam serdecznie
Anka

poniedziałek, 7 marca 2016

Nowa miłość ;) ponieważ szczęście to droga :)

         Moja praca daje mi możliwości zwiedzania wielu miejsc turystycznych. Sprawdzanie miejsc i ocenianie hoteli jest niezbędne, aby móc opowiedzieć i zachęcić do danego kierunku. Pełna nadziei i obaw poleciałam pod koniec października na Lanzarote i Fuerteventurę. I... zakochałam się w Wyspach Kanaryjskich. Konkretnie- najbardziej zauroczyła mnie Lanzarote... wulkaniczna, pełna nieziemskiego uroku. Inna, surowa, niezwykła, kształtowana przez naturę i wspaniałego jej wizjonera- Cesara Manrique. Ogromne wrażenie zrobiłam na mnie wycieczka po wyspie, zaczęliśmy od Parku Timanfaya...



Niesamowita sceneria, siły natury, które tak naprawdę tylko próbujemy okiełznać. W samym Parku nie można wysiadać z autokaru- jest to podyktowane unikalnością tego miejsca na skalę światową- a człowiek, jak powszechnie wiadomo, jest bardzo ingerującą istotą tej ziemi... przez kilka lat pozwalano klientom samodzielnie przemierzać tereny parku autami, jednak stopień zaśmiecania tego cudownego miejsca był przytłaczający. Myślące przyszłościowo władze zarządziły zakaz opuszczania autokarów. Dlatego nie ma możliwości otrzymania dobrych zdjęć ;) ja mam wszystkie poruszone albo z widoczną szybą- jednak 40 osób w autokarze skutecznie utrudnia pstrykanie :) Ale i tak warto było. Kolejnym przystankiem było El Golfo:




To wyjątkowej urody miejsce, zdjęcia tego nie oddają. W kraterze El Golfo uformowało się głębokie jezioro, które swój niezwykły, intensywnie zielony kolor zawdzięcza algom. Zasolenie podobno przewyższa te z Morza Martwego :) nie sprawdzałam ;)
Po krótkim postoju przejechaliśmy do formacji skalnych nad oceanem, nazwanych Los Hervideros. Są tam ciekawe tunele i groty, wszystko stworzone przez naturę, udostępnione przez człowieka :)

Kolejnym tworem tej niesamowitej wyspy(nadużywam wyrazów, wiem:)) jest Jameos del Aqua. Ten fenomenalny wytwór działań natury jest małym fragmentem korytarzy lawowych, pozostałych po wybuchu wulkanu La Corona. W niektórych miejscach te korytarze od góry  się zapadały, otwierając się na świat. W zakrytej jeszcze części jest jaskinia, w której jest jeziorko z niesamowitym(znowu...) mieszkańcem. Biały i ślepy krabik- malutki jak najmniejszy paznokieć, mieszka sobie tylko w tym miejscu. Jest tak mały, że tu również mój magiczny telefon-aparat nie dał rady z wyraźnym zdjęciem :)


Miejsce bardzo klimatyczne... z wrażenia zapomniałam, że po drodze zwiedzaliśmy jeszcze La Geria- uprawa winorośli w tak nietypowy sposób, niespotykany nigdzie indziej :) Wino dobre, fajne miejsce na odpoczynek i posiłek podczas całodziennej wycieczki. Mieliśmy ten przystanek trochę przedłużony z powodu deszczu. Woda słodka jest tam skarbem, towarem bardzo deficytowym. Na Lanzarote nie ma wód gruntowych, problem wody jest ogromny, ogólnie wyspy walczą o każdą kroplę wody słodkiej.
Zbaczam z tematu- kolejny magiczny przystanek to ogród kaktusów, jeden z ostatnich projektów Cesara, dzięki niemu wyspa tak wygląda i ma tyle atrakcji i miejsc do zobaczenia. Nigdy i nigdzie nie widziałam tylu odmian kaktusów.Polecam dla własnej oceny, aby każdy mógł sobie wyrobić opinię :) a obstawiam miłość do całej wyspy :)


Zdjęcia te są jedynie małą namiastką tego, co można zobaczyć, poczuć, spróbować i przeżyć. Polecam każdemu Wyspy Szczęśliwe :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Ania